Cwaniak idzie w las… czyli dzieje pewnej kurtki.

cwaniak– pot. mężczyzna, który radzi sobie w każdej sytuacji i czerpie z niej korzyść dla siebie; Wielki słownik języka polskiego;


W gwarze np warszawskiej :
cwaniak: spryciarz, obrotny gość (z rosyjskiego)

Mnóstwo z nas, znaczy się tych wychodzących ze strefy komfortu, ma obecnie 4x – 5x lat. Czyli mniej więcej na tyle dużo, żeby być starymi, zrzędnymi  ramolami, psioczącymi na to jak to niegdyś było dobrze, i że do lasu to się chodziło ze złamanym scyzorykiem od dziadka. W dodatku mając za aprowizację jedynie kromkę czerstwego chleba. Lub suchary beskidzkie. Wszak wiadomo. Kiedyś było lepiej. Ludzie byli inni. Lepsi jacyś. Mniej roszczeniowi. I bardziej obrotni. Czy też zaradni. Tyczyło się to wszystkiego. Zabaw, odporności na uszkodzenia psychiczne i fizyczne, odporności na warunki atmosferyczne i tak dalej. Mało tego. Chadzało się do lasu (czy jeździło na obozy) bez tych wszystkich „ultralajtów” (a tfu na psa urok!), membranów ( a broń BÓG!) czy kosmicznych plecaków z wypasionymi  systemami nośnymi (ot, klamoty na obóz pakowało się w ruski mieszok lub harcerską gruchę, zaprojektowaną chyba przez wielką inkwizycję w celu torturowania harcerzy i turystów).

Koszmar a jednocześnie obiekt westchnień pokoleń harcerzy.
Klasyczna harcerska „grucha” do dżwigania klamotów.


A  za żarcie robiła mielonka popita wodą.  Co dalej to każdy chyba wie… Całości obrazu turysty dopełniał plasticzany bidon z logo spółdzielni inwalidów „Jutrzenka”, flanelowa koszula i … KANGURKA !

Kangurka w całej okazałości. Proszę zwrócić uwagę na system regulacji mankietów…
Uczył cierpliwości…

Ten ostatni wynalazek był chyba jedynym ponadczasowym elementem stuffu. Czemu ponadczasowym ? Pewnie temu, że w praktycznie niezmienionej w swej doskonałości formie, przetrwał setki lat.

Mamy w pamięci luźną, obszerną nierozpinaną kurtkę, długą pod pośladki, z dużą, kangurzą kieszenią na suchoklatesowej jeszcze  klacie, z luźnymi, sięgającymi  za nadgarstki rękawami i równie  proporcjonalnie dużym kapturem, w który wchodziła odziana w rogatywkę łepetyna. Całość mieliśmy uszytą  z niezniszczalnej niemal, namiotowej bawełny (takiej z jakiej szyto legionowskie namioty). Nosilim to latem, zimą, jesienią i wiosną. Latem, na obozach. Żeby w tym chłodniej było należało rękawy wywinąć i pod spód tylko koszulkę założyć. Nigdy munduru! Zimą, wchodziło pod to swetrzysko i koszula, dzięki czemu można było tyrpać na zbiórki nawet przy – 25. Do niedawna można było usłyszeć takie opowieści snute smętnym, stetryczałym głosem przez lekko zarośniętych typów w wieku co najmniej słusznym. Młodzi słysząc te banialuki  kiwali tylko ze zrozumieniem głowami i mrugając do siebie lekko kaprawym okiem opuszczali na to zasłonę milczenia. Wszak  staruchy zawsze konfabulują i konfabulować będą.

Współczesny outdoorowy Anorak firmy Helly Hansen.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy poczęła docierać do nas odzież z krajów skandynawskich. Gawiedź na własne oczy zobaczyła workowate, solidne kurty z monstrualnymi kapturami, przywożone na kilogramy z Norwegii i Szwecji.  A że często na tych ciuchach były znane metki z „liskiem” lub podwójnym H to i obciachu nie było i nikt nie zarzucał że się w „dziadowych ciuchach chodzi”. Dalej to już jakoś poszło z górki. Trafiło się kilku zapaleńców którzy sprowadzali zza granicy ruskie gorki, szwedzkie Fjalle czy inne niedostępne u nas ciuszki. Byli też tacy, którzy próbowali swoich sił w krawieckich podchodach, i samodzielnie szyli tego typu odzież. Pierwszy którego pamiętam był Wojtek „Bies”. Jego kurtki szyte na modłę „kangurek” były pierwszymi które zwróciły po wielu latach moją uwagę. Szyte przez fest chłopa dla fest chłopów. Z fest materiału. Brezentu. Takiego tekstylnego odpowiednika nożowego „nierozpierdolinium”. Albo innego adamantium. Tak czy inaczej, wtedy pierwszy raz usłyszałem w tym kontekście słowo „anorak”. Samo słowo było mi nieobce, ponieważ brać wspinaczkowa tak nazywała w latach 90-tych długie, techniczne kurtki  gore i sympatexowe. Bardzo obszerne, długie jak parka. Ale rozsuwane z przodu.


Powiedzmy sobie zatem, co to takiego ten „anorak” ? Anorak, to spolszczone  inuickie „annoraaq” lub „anoraq” , w języku inuitów oznaczające… wierzchnie okrycie. Kurtę. A że nie każdy lubi sobie tak komplikować życie jak biali, to dla mało skomplikowanych ludów  północy, anorakiem był zarówno skórzany kajakowy kombinezon (ze swej natury wodoszczelny), ciężka nierozpinana kurta z kapturem (wykonana z płótna żaglowego, skóry karibu lub z foczej skóry), jak i letnia, rozpinana kapota.

Inuicka rodzinka w komplecie. Odziani w kurtki ze skóry karibu.

Ciekawy zapis znajdziemy na stronie etymonline.com : „Eskimo’s waterproof, hooded jacket, 1924, from Greenland Eskimo anoraq. Applied to Western imitations of this garment from 1930s. In British slang, „socially inept person” (Partridge associates it with a fondness for left-wing politics and pirate radio), by 1983, on the notion that that sort of person typically wears this sort of coat.”

Inuicki myśliwy w trakcie przygotowania do polowania na morsy lub wale grenlandzkie.
Widać cienki, wodoszczelny anorak robiony z niewyprawionej foczej skóry, z uszczelnianym rzemieniami kapturem.
I pomyśleć że Oni w tych łupinkach samotnie polowali na kilkutonowe ssaki morskie…

Także ten… Jesteśmy trochę socjopatami. Wróćmy jednakże do tzw „meritum”, czyli naszego cwaniaka. Nie wiem kiedy Konrad (czy może Jego małżonka) wpadł na pomysł uszycia czegoś do lasu. Niewykluczone że wiele lat temu, jako że brać harcerska mimo iż stosunkowo odporna na niewygody (przez częste przebywanie na łonie natury), jest jednak spragniona dobrego jakościowo sprzętu (przez częste przebywanie na łonie natury, gdzie przydaje się zarówno „łeb na karku”  jak i dobry majcher u boku). A wiadomo że nie znalazłszy odpowiednich szpejów na rynku, każdy kto ma umiejętności postara się taki szpej stworzyć. Tak się szczęśliwie złożyło, iż Konradowi rodzice  mają na bielskiej starówce pracownię krawiecką (i to jaką! To ogólnie fajny temat, i kiedyś będę musiał skrobnąć kilka słów na ten temat)…

Jedno z najważniejszych ogniw „Idę w Las”, do tego naprawdę miły i otwarty jegomość.
Pan Wojciech w czasie pracy w swojej pracowni na bielskiej starówce.

Mamy zatem układ, w którym jest zapotrzebowanie na dany produkt  i jest fizyczna możliwość wykonania tegoż. Co z tego może wyjść – wiadomo.  Tylko coś dobrego. W tym przypadku, takim czymś dobrym jest kurtka w typie „kangurki” czy też anoraka, w całości zaprojektowana i wykonana przez IDĘ W LAS.


Tytułowy „Cwaniak” to z pozoru zwykła i całkiem prosta kapota do użytku wszelakiego. Ot, kawał płachty bawełnianej, z suwakami, zaszewkami i kapturem.  To że w/w kurtka nie jest jedynie na szybko zszytymi płatami materiału przekonałem się już na początku, kiedy po kontakcie z Konradem dostałem listę wymiarów które trzeba zdjąć z mojej sylwetki żeby uszycie miało sens. Sporo tego było.  Wydaje się to logiczne. Potrzeba przecież kilku lub kilkunastu pomiarów, żeby ciuch „leżał”. Po odesłaniu tabelki z wymiarami pozostało czekać.  Teraz nie będę konfabulował że czekałem tyle czy tyle. Po prostu nie pamiętam. W każdym razie, po odpakowaniu przesyłki moim oczom ukazał się płat materiału, z  równiutko położonymi szwami. Bez żadnych frędzli świadczących o niechlujnym wykończeniu czy pętelkach (niepoprawnie wyregulowana maszyna). Materiał gładki, bez skaz. Bajka ciesząca oczy. Kurtę natychmiast rozpakowałem i srru na grzbiet. I tutaj pierwszy zgrzyt. Ręce mi się nie mieszczą. No tak. Standardowej sylwetki to ja nie mam.  Nic to. Przy ciuchach szytych na zamówienie / miarę to raczej norma. Po to są przymiarki. A My tu próbowalim trochę oszukać system i machnąć to bez przymiarek. Jak znam życie, to coś popieprzyłem z wymiarami (zdarzało mi się to już wcześniej , np z wełniakiem od Chmury). Ale Konrado był na to przygotowany i byliśmy ugadani na odsyłkę kurtki do poprawek. Kurtki nie odesłałem lecz zawiozłem, i sprawa od razu się wyjaśniła.

Warto było osobiście ruszyć poślady i zawieźć kurtkę. Pokazano moi Bielsko, poznałem twórców „Idę w las” i … Reksia. 😉

Rękawy zostały wszyte ciut inaczej a kurtka po kilku dniach od dowiezienia jej do Bielska wróciła bez jakichkolwiek śladów ingerencji w jej konstrukcję. Że warto było poczekać, okazało się od razu po wrzuceniu kapoty na grzbiet. Kangurka leżała na moim grzbiecie jakby była ze mną od mych narodzin. Jej konstrukcja to klasyczny, taliowany i rozcięty prosty krój, z wszytymi rękawami, i dużą kieszenią na piersiach. Klasyczny aż do bólu, co jest zdecydowanie mocną stroną tego ciuszka.


Z inuickiego oryginału zaczerpnięto np wysoki kołnierz / stójkę, chroniącą znaczną cześć twarzy przed deszczem, wiatrem czy zacinającym śniegiem.

Stójka jest naprawdę duża…
… ale jej zalety są widoczne głównie po postawieniu kaptura.

W połączeniu z obszernym, specyficznie regulowanym kapturem, stójka tworzy bardzo fajną konstrukcje chroniącą twarz przed nieprzychylnościami pogody. Sam kaptur też wymaga kilku słów: z niepościąganymi  ściągaczami jest to zwykły, znany z codziennej odzieży, niczym niewyróżniający się kaptur. Natomiast, gdy ściągniemy wszyty centralnie ściągacz,  boki kaptura są ściągane. Po co? A no po to, żeby nie tańczyć obertasa całym ciałem gdy chcemy spojrzeć w bok.

Jak widać, kaptur możemy wyregulować tak, aby nie zawężał nam pola widzenia, chroniąc jednocześnie głowę przed niepogodą.
A reguluje się go centralnym ściągaczem.
Czerwoną linią pokazany wąski, trapezowy karczek.


Kaptur, którego boki są tym samym płatem materiału co przód kurty, wszyty jest w wąski karczek ( w czerwonym okręgu na zdjęciu powyżej). Dlaczego w wąski? Mianowicie krój z wąskim, szerokości szyi karczkiem, mimo iż bardziej skomplikowany w szyciu, jest dużo bardziej ergonomiczny niż klasyczny, szeroki karczek i rękawy wszyte  „z ramion”. Całość po prostu lepiej przylega do figury i mniej odstaje.  Rękawy mamy tu trzybrytowe (szyte z trzech płatów materiału) z miechowymi zaszewkami na łokciach. Są jednocześnie  obszerne, ale dzięki uszyciu z w/w kilku płatów dobrze leżą na ręce, zarówno zgiętej jak i pracującej. Rękawy zażyczyłem sobie długie do nasady palców, więc dość długie, ale zależało mi na tym, żeby w czasie unoszenia rąk do góry (co jest częste w czasie wykonywania prac leśnych) nie odsłaniały nadgarstków. Same rękawy są zakończone wąskimi mankietami, a ich zapięcia / regulacja to prosty pasek z napami.

Zakres regulacji mankietu jest naprawdę duży.
Napy to proste i bezawaryjne rozwiązanie.

Wiem że Konrad kombinował też z innymi rozwiązaniami, ale klasyczne, znane od 150 lat napy moim zdaniem są optymalne. Działają, są stosunkowo niezawodne, łatwe w naprawie bez wyspecjalizowanych narzędzi i nie psują „looku” całości.  Przód „Cwaniaka” to klasyczna kangurka – czyli  wielgachna kieszeń.  Naprawdę wielgachna. 37 x 27 centymetrów. Czyli większa arkusz formatu A 4 , który ma 21×30 cm! 

Duża kieszeń z przodu pozwoli na wpakowanie do środka naprawdę dużej ilości klamotów.
Kieszeń ma wszyty organizer z szerokiej gumy.

Daje się w niej trzymać dwukilowy połeć szynki, dwa litrowe słoiki miodu, trzy HK USP .45 z zapasowymi magazynkami, lub remingtona 1858 z kilkoma dodatkowymi bębnami. Jakby to moja córa powiedziała : MEEGA!
Kieszeń ma trzy suwaki, jeden na górze i dwa po bokach, a w środku  wszyte ma szerokie gumy mające za zadanie uporządkować jej zawartość. Kieszeń od góry jest przykryta listwą chroniącą zamek przed deszczem lub śniegiem. Tył kurtki, jest rzecz jasna z jednego płata materiału i jest dłuższy od przodu o 15 centymetrów. Jest zakończony tunelem mającym na środku okienko na stoper.  Przez tunel, jest przeciągnięty shockcord wszyty w boki, dzięki czemu można lekko ściągnąć tył kurtki, przez co dopasujemy ją do naszych pośladków, dzięki czemu nie będzie nam zawiewać od spodu.

Cwaniak lekko ściągnięty dolnym ściągaczem.

Plecy i przód „Cwaniaka” są połączone ze sobą dwoma, dwu maszynkowymi suwakami zaczynającymi się na dole kurtki a kończącymi na spodzie rękawów, jakieś 10 cm od punktu ich wszycia. Suwaki, na dole zabezpieczono zapinanymi na nap patkami. Ich zadaniem jest ochrona suwaków, przez przenoszenie obciążeń rozrywających suwaki powstających w czasie użytkowania kurtki.

Oba boki są rozsuwane, a dół dodatkowo zabezpiecza się patkami zapinanymi napami.

Całość można rozsunąć, otrzymując całkiem zgrabną pelerynę – poncho z rękawami. Spektrum zastosowań tego patentu jest całkiem szerokie. Od termoregulacji, przez chwilowe otworzenie boku w celu dobycia czegoś spod kurtki aż po rozpięcie w celu upakowania pod spód plecaka. 

Ponieważ boki dają się rozsunąć, łatwo jest je otworzyć w calu wyjęcia czegoś spod spodu.
„Cwaniaka” można również użyć jako peleryny / poncha i skitrać pod nim nieduży plecak.
A mały plecak na 2 dni…
… można skitrać tak, że cały się schowa pod zapiętą kurtką.

Tu ciekawostka:  na strzelnicy, spokojnie można bok kurtki rozsunąć, dzięki czemu otrzymujemy swobodny dostęp do kabury z bronią krótką (boczne rozcięcia to rozwiązanie popularne w kurtkach użytkowanych w kręgach strzeleckich oraz policyjnych i detektywistycznych). I to bez względu na to czy używamy skórzanego „pancake’a”, siedzącej na płetwie serpy czy może wiszącej nisko kabury udowej. Nadspodziewanie dobrze kurtka pracuje z chestrigiem  i karabinkiem, co zapewne jest pochodną gładkiego kroju, ponieważ kurtka, a konkretnie mój egzemplarz, nie ma żadnych, zbędnych moim zdaniem „usprawnień”, takich jak paski systemu MOLLE, nadmiernej ilości dodatkowych kieszeni, czy XX miejsc orzepowanych.


Podsumowanie.

Kurtka stosunkowo lekka (wagi celowo nie podaję, ponieważ każdy wariant będzie miał inną wagę, ponadto ja jestem dość pokaźnych rozmiarów, przez co mój egzemplarz będzie średnio o 30-40 % cięższy od egzemplarza statystycznego Kowalskiego), konstrukcyjnie przemyślana i wykonana na odpowiednim poziomie. Moja jest bez wodotrysków, ale daje się dowolnie modyfikować na etapie zamówienia, kiedy to „customizacja” i możliwości  spersonalizowania tego ubrania są wręcz nieskończone. Wzmocnienia z cordury lub skóry, panele velcro,  plastyczane lub mosiężne suwaki, asymetryczne zapięcie czy mitynki – czego tylko dusza zapragnie. Można sobie Cwaniaka odszyć nawet w wariancie  klasycznym. Czyli ze skórzanymi patkami, szwedzkimi guzikami zamiast suwaków i tak dalej. Zamawiając „Cwaniaka” na pewno spędzicie ze dwie godziny w konfiguratorze na „Idę w las„. Omawiana kurtka nosi się kapitalnie, materiał jest przyjazny, bardzo, jak na tę gramaturę odporny. Z suwakami (mimo iż niby nie  są to topowe YKK) żadnych problemów nawet na mrozie nie miałem. Działają cały czas jak nowe. Rzecz jasna jeśli chcemy użyć cwaniaka do cięższej formy aktywności,  wymaga impregnacji, najlepiej jakimś naturalnym mazidłem. Szwy są nadal nieuszkodzone a ciuch nigdzie od środka się nie strzępi. Nie ma również rozdarć  czy przetarć, ani dziurek od iskier strzelających z ogniska, co ma niebagatelne znaczenie dla ciucha terenowego. Cóż więcej mogę powiedzieć.
Chyba tylko tyle, że jest to jedna z tych rzeczy, o których po kupnie człowiek mówi „jak ja mogłem wcześniej bez tego żyć?!” Czy kupiłbym ją dzisiaj ? Oczywiście. Nawet rozważam zakup kolejnego egzemplarza. Właśnie w wariancie „unplugged”. Jeśli macie jakiekolwiek pytania – walcie śmiało.  Jako użytkownik tego chętnie na wszystkie pytania odpowiem. Natomiast jeśli macie wątpliwości techniczno – konfiguracyjne – piszcie  na FB bezpośrednio do „Idę w Las„. Poprowadzą, opowiedzą, podpowiedzą.

Gość od „Idę w Las”.

Duży człowiek duża kurtka.
Tak prawdę mówiąc, o tym że pod kurtkę wejdzie plecak dowiedziałem się przypadkiem.
Zapomniawszy że mam plecak na garbie rozpiąłem kurtkę (często tak robię zakładając ją) i zarzuciłem na siebie. Dopiero zapinając zaczałem się zastanawiać czemu jest ciasno…


Na koniec tylko dodam, że kurtkę zamówiłem i zakupiłem normalnym trybem, bez żadnych darowizn czy umów barterowych. 🙂

Zdjęcia własne, www.idewlas.pl, oraz domena publiczna.
Pozdrawiam – Danesz. 

One thought on “Cwaniak idzie w las… czyli dzieje pewnej kurtki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.