VI Konwent Bushcraft Poland – relacja.

Tydzień minął, emocje ochłonęły, można więc wziąć się za spisanie tego gdzie co i jak.
Rzecz jasna będzie to relacja subiektywna, z własnymi uwagami i spostrzeżeniami. 

Tegoroczny, letni zlot Bushcraft Poland odbył się w dniach 14-16 sierpnia w Beskidzie Żywieckim (Orawskim Beskidzie, jak by powiedzieli nasi sąsiedzi z południa), w bardzo malowniczej Psiej Dolince, na jednej z polan, ulokowanej na namiastce wyspy, utworzonej przez rozwidlenie potoku nazywanego „Zakulawką”. W kwestii lokalizacji konwentu –  wielki ukłon i podziękowania dla dla nadleśnictwa Myślenice za udostępnienie terenu i dużą dozę zaufania jaką obdarzono organizatorów i NAS  jako środowisko. Dodam jeszcze że byłą to druga impreza Bush. Poland w tym miejscu (pierwszą był zlot zimowy).
Nadmienię tylko że teren na którym mieliśmy okazję biwakować to nie dość że ścisłe sąsiedztwo Babiogórskiego Parku Narodowego, to w dodatku najważniejsza w Polsce ostoja rzadkiego głuszca1  Miejsce zatem dość wyjątkowe jak na nasze warunki. 

Część „placu” konwentowego. Po prawej Hofmanowóz, na wprost leśniczówka, po lewej wychodek, a wysoko na niebie młody osobnik sokoła wędrownego.

My jak to My. Przybyliśmy na miejsce w piątek, gdy ognisko już potężnie płonęło (cholerna gierkówka i pęknięta szyba w tylnej klapie znacząco wpływają na opóźnienia w podróży). Fajnie że wyjechał po nas Hofmanowy „devastator”, bo inaczej z tonami klamotów do rana byśmy się telepali.
Po dotarciu na miejsce szybki ogar. Najpierw karabiny w suche i bezpieczne miejsce. Później klamoty z paki i poszukiwanie miejsca na nocleg. I tu kapota. Miejsc w których można zadyndać jak na lekarstwo. Znaczy się po „prawilnej” stronie konwentu wszystko już zabukowane. A za potok w środku nocy średnio nam się chciało dymać.  Co prawda Mateo mówił „dany, weźmy jakiś namiot bo może być fuckup”, ale ja z charakterystyczną dla siebie nonszalancją olałem sprawę machnięciem ręki i stwierdzeniem że damy radę. No i skończyło się jak się skończyło: 40 minutami szwendania się po terenie. W końcu ja wypatrzyłem miejscówkę dla Matiego, a Mati wypatrzył stóg drewna przygotowanego do zwózki (tzw „mygła”), będący doskonałą bazą dla mojego hotelu. Szybkie szast prast i Mati miał rozwieszony hamak, a ja miałem tarpa zgrabnie rozbitego na drewnie i ziemi (do podejrzenia TUTAJ).

Nareszcie można było śmignąć do ogniska. Powitania, misie, poklepywanie po plecach, szukanie mordek znanych osobiście i via internet. Stały element tych spotkań. Nie obyło się rzecz jasna bez wesołości. Ot, na przykład Ada. Zerkając przy świetle dogasającego ogniska w moją stronę nagle pyta:
– A Ty kto ?
Zezując raz spod jednej raz spod drugiej brwi w końcu mówi : 
– Ty to Gołąb. 
– Ale Gołąb już poszedł spać! – ktoś z boku szturchnął Adę w bok.
– No to Ty będziesz Gołąb 2!
No i tak własnie zostałem bratem bliźniakiem Gołębia. 
Nasiadówa przy ognisku tradycyjnie przeciągnęła się do godzin porannych. A to dlatego że poruszano przy niej bardzo ważne dla polskiego bushcraftu kwestie. A to składu stali (jakieś bainity, martenzyty i inne mangany), a to katana, a to suszone mięso…
W pewnym momencie nad ranem musiałem niestety towarzystwo uciszyć ( w sumie to nie ja ale kolega Helmuth) ponieważ wydawało mi się ze w krzakach jakieś 20 metrów za obozem usłyszałem rysia. Z początku nie chciało mi się w to wierzyć, ale po Helmuthowym stwierdzeniu że  „na zimowym ryś im przedefilował obok strumienia” zrobiło mi się jakoś fajniej. Bo ile razy w roku człowiek z nizin ma okazję słyszeć rysia ?
Pobudka z rańca nie należała do przyjemnych. Tydzień pracy na noce, kijowa podróż i nasiadówa do rana zrobiła swoje, co doskonale widać na filmiku podlinkowanym ciut wyżej. Czuliśmy się jak z przysłowiowego krzyża zdjęci. Ale jak by to kolega Waldi powiedział: „nie jesteśmy tu dla przyjemności”.
Kawa w gardziel i … no własnie. Co dalej?

Załapaliśmy się na Gołębiowe wywody o Chmurach Manufakturach i impregnatach, wysępilim kostkę impregnatu i puchę pasty do butów i popatrzylim na konkurs „szałasowy”. Fajnie było popatrzeć jak dziatwa i białogłowy  ganiają z naręczami uschniętego zielska. 🙂

Gołąb w czasie dywagowania na tematy wełniano bushcraftowe.

Tata roku – Jaro z córką Julką, która jest konwentowiczką któryś raz…
Gosia – tegoroczna debiutantka.
Już zapowiedziała że sobie nie odpuści… 😉


Ogólnie sobota należała do intensywnych: konkurs Gołębia, wyjście w góry, nasze dwie prelekcje (apteczki i broń CP), w tym jedna połączona z konkursem, zielarstwo Jantas, produkowanie swoich mydełek, ubieranie butelek w sznurki (reety, jakie to ładne było) Niny, konkurs makijażu naturalnego, prelekcja Mateusza  o szwendaniu się solo, krótka opowieść Konrada Nycza o naturalnych materiałach w „outdoorze” połączona z prezentacją Anoraka jego projektu (na to czekałem :D). A to wszystko przeplatane przerzucaniem się anegdotami z Markiem Hilgendorfem, Bobem Kanciastoporym czy choćby Sewerynem. O dłuższych pogadankach z orgami niestety nie było co marzyć. A bo to żarcie robili, a to coś organizowali a to „robili rzeczy”.

Na oddzielne słowa zasługują dziewczęta. Ada – naprawdę wspaniały kompan do nasiadówy przy ogniu. Gosia i Nina – ich butelkowe cuda naprawdę robiły wrażenie. Marta – wszędołaz. No i Jantas. Zielarka, która dla każdego znajdzie dobre słowo lub opieprz. opcjonalnie ziółko na jakieś dolegliwości.

Gosia ubierająca butelkę.
Niestety nie mam fotki Niny przy tej samej pracy … 🙁
Ale mam za to fotę Niny w naturalnym makijażu. 🙂
Największy świr konwentu – Ada.
Ada i Jantas w czasie konkursu na naturalny makijaż.


Ogólnie, na tym konwencie kobiety dość mocno zaznaczyły swoją obecność.
Nie dość, że w konkursach dawały czadu, to jeszcze aktywnie prowadziły pokazy i prelekcje.
To wielki plus tegorocznego spotkania.
Niestety dość intensywny tydzień dał mi się po raz kolejny we znaki i w okolicy 22-ej zawinąłem się spać, odpuszczając szeroko rozumianą integrację.  Sobota więc zakończyła się dla mnie dość szybko…:(
Niedziela. Od rana czuć było atmosferę pożegnania. Justyna z Irkiem, Seweryn, Marta, My… Szkoda trochę było wyjeżdżać, a perspektywa pięcio czy sześcio godzinnej drogi wcale nie pomagała.
Ale w końcu grzecznie się pożegnaliśmy z ekipą i zawinęliśmy w drogę powrotną, zahaczając po drodze o mekkę polskiego „siekieryzmu” – Sułkowice, gdzie spotkaliśmy bardzo zaskoczonego prośba o zrobienie  nam zdjęć „pana ochronę”.

„Kuźnia” Sułkowice. Tego chyba żadnemu naszeu entuzjaście bushcraftu przedstawiać nie trzeba.

Wnioski:
Z mojego punktu widzenia ten konwent był nieco inny niż poprzednie.
Mniej wodolejstwa a więcej merytoryki. Widać to było zarówno w sposobie prowadzenia prelekcji jak i w reakcjach uczestników. Nie było już gadających głów trujących przez godzinę czy dwie (no dobra! poza naszym czarnym prochem i opowiadaniem Mateusza). Prelki miały raczej charakter warsztatów niż wykładów, co wydaje mi się lepszym rozwiązaniem niż „gadający pan z okienka”.
Więcej też wniosków niż w ubiegłych latach daje się wysnuć z tego wszystkiego. 

Marek prezentuje dość nieszablonowe podejście do zagadnienia zapewnienia sobie komfortu termicznego.
To człowiek orkiestra i trzeba na Niego bardzo uważać.
Wygrywa praktycznie każdy konkurs w którym weźmie udział.
🙂

Wszystko powyższe to zdecydowane plusy. Przy nich, jedyny moim zdaniem minus jakim były obsuwy w programie jest niemal niezauważalny.
No dobra. Przypomniał mi się kolejny minus:
Muza z telefonów i głośników BT przy ognichu. 
Naprawdę po to się jedzie w góry żeby katować hip – hop ?

Zatem z mojej strony podziękowania dla orgów – Mateusza, Hofmana i Helmuta za całość.
Za nasiadówę, pogaduchy, ciśnięcie po rajtach i za to że zebrali nas wszystkich w jednym miejscu, przywieźli, napoili, nakarmili i pozwolili gawędzić.
Jantas – naprawdę fajnie Cię Zołzo widzieć po… półtora roku ? Szkoda że tak naprawdę nie było kiedy posiedzieć i pogadać w spokoju. 
Ada – no Ty to chyba pchłą na sterydach jesteś. 😀 Dawno mnie nikt tak pozytywnie nie zaskoczył.
Konrad Bal – fajnie było widzieć Twoją zardzewiałą facjatę. Szkoda że tak krótko i bez twojego żarcia. 
Btw. masz zarąbistego kompana do lasu. 
Jaro Wadoń – ekstra było z Tobą przybić pionę i popatrzeć jak się z Córą uzupełniacie. 
Seweryn – Ty jesteś pewną stałą konwentową. Wiadomo że będziesz. Dobrze Cię było widzieć.
Marek Hilgendorf – ekstra się było spotkać. Na żywo kruszenie kopii idzie sprawniej i łagodniej. Do rychłego zobaczenia mam nadzieję.
Gołąb – jak mundurowy z mundurowym. Dzięki. 

No i Mateusz Michalski – dzięki Brachu. Za cierpliwość, za dobrą wolę i za Sułkowice. 😀

I tutaj należałoby sparafrazować chyba największego literackiego obieżyświata, czyli Bilbo Bagginsa:

„Połowy z Was nie poznałem choćby w połowie tak dobrze, jak chciałbym poznać, a połowę z was lubię w połowie tak bardzo, jak na to zasługujecie”


Pozdrawiamy i do zobaczyska za rok. Lub za pół. Zimą.
A póki co – czytajcie, komentujcie piszcie i dzwońcie do nas.
Zajrzyjcie też na YT, dajcie znak co nakręcić, co napisać.

AVE!





Na koniec kilka zdjęć z imprezy.

Zdjęcia autorstwa naszego, Marcina Gajnego oraz Kohei Mizuno.

Można było się narąbać…
Pomacać broń CP
Zrobić sobie fotę z adminem …;)
…lub z jego luśnią.
Lub jak Kohei, po prostu postrzelać z łuku.

Można też było posłuchać o czarnym prochu.

I w czasie gdy jedni zbierali zioła,

i warzyli z nich jakieś diabelskie mikstury,
Inni generowali straty.



Czasem z niezapowiedzianą wizytą wpadł jakiś lokals.

jak wcześniej napisałem, reprezentacja kobiet była niezwykle silna w tym roku.
I niezwykle urocza. 🙂

Młodych było niewielu mniej niż tych metrykalnie dojrzałych.
Tak jak np w przypadku Konrada. Wystartowali z synem w konkursie „:szałasowym” dzielnie stawiając czoła bushcraftowej śmietance. 😉
Nadmienię że młody całą drogę na górę i w dół pokonał na własnych nogach, z e swoimi rzeczami na własnych plecach.
SZACUN MŁODY!

Oczywiście nie byłbym sobą gdybym się nie mądrzył na temat broni…

Na co Mateo żywiołowo reagował … 😉
Ten żylasty skaut, to Konrad Nycz.
bajeranckie katany chłopisko szyje.
Monia vel „Jantas” ze swoim potomkiem.
Junior nie dość że zbudował szałas, to jeszcze spędził w nim zimną i wilgotną noc.
Oby więcej takich młodzieńców!
Przyjaźń Polsko – Japońska.
Kohei i Marcin.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.