Krótkie, kilkugodzinne wypady. Tak czy nie ?

FB i inne socialmedialne molochy, co weekend zasypują nas toną obrazków i relacji z okołopołudniowych wypadów do lasu lub w teren. Wypadów na kawę, obiad, spacer czy w końcu pobujanie się w hamaku. Odbiorcy  tych wrzutek, dzielą się z grubsza rzecz ujmując na trzy kategorie:

  1. „esktra br00. trzymaj tak dalej.kawusia/obiadek/czytanie w lesie to nie to samo co w domowych pieleszach.
  2. Co to ma być ?! Przerost formy nad treścią! I po to wziąłeś 75 litrowego Bergena wypakowanego po brzegi ? Wydupiaj na miesiąc w Syberię to pogadamy.
  3. „wisimito”

A jak z tym jest naprawdę ? Wychodzić na tę kawę / obiad / czytanie czy nie ? Odpowiedź może być jedyna. Oczywiście że wychodzić. Zawsze kiedy się daje.

Po pierwsze: kawa/obiad/czytanie w terenie naprawdę inaczej „smakują”. Lepiej. „Wolniej”. Po prostu przyjemniej. A to dlatego, że towarzyszy im gama rzeczy, które są bliskie naszemu duchowi (ciału też. Bo wiadomo że w zdrowym ciele zdrowy duch. I na odwrót). Zapachy natury, jej odgłosy czy też sama świadomość tego że nie jest się zamkniętym w czterech ścianach blokowiska czy innego murowanego przybytku działa mobilizująco na nasze zmysły.

Przygotowanie i spożycie posiłku na świeżym powietrzu to naprawdę fajna rzecz.
Jeśli do tego mamy dopiero co pozyskane produkty, to czeka nas prawdziwa uczta.

Po drugie: jesteśmy zmuszeni wykonywać czynności których na co dzień raczej nie wykonujemy (są od tej reguły oczywiście wyjątki), a które są nam przydatne w naszym wędrowniczym/bushcraftowym/outdoorowym życiu.  Przecież jeśli co tydzień musimy wybierać odpowiednie miejsce na biwak (nawet taki kilkugodzinny, z kawą i obiadem), to w momencie gdy będziemy w trasie od dajmy na to dwóch tygodni (nie ważne czy to będzie Kaukaz, czy alaskańska tundra), dużo łatwiej przyjdzie nam przygotowanie biwaku  niż osobie która biwakuje raz lub dwa razy w roku. Analogicznie będzie nam łatwiej rozpalić ogień, odpowiednio oszacować zapotrzebowanie na opał czy utrzymać ognisko w stanie takim jakiego akurat potrzebujemy.

Po trzecie: nabierzemy pewności siebie, ponieważ będziemy świadomi iż nasze umiejętności z każdym wyjściem w teren rosną. Przełoży się to bezpośrednio na komfort obozowania, bo przecie przyjemniej się wypoczywa ze świadomością, że wszystko zrobiliśmy jak należy i o nic nie trzeba się martwić. Możemy się w pełni zrelaksować ciesząc się ogniem czy kociołkiem z gulaszem bulgoczącym nad ogniskiem.

Po czwarte: przyzwyczajamy swoje ciało i psychikę do działania w odmiennym trybie niż działamy na co dzień.  Biwakowanie w tzw „dupówie” pomoże naszemu organizmowi w jakimś stopniu przystosować się również do warunków panujących  poza naszą szeroko rozumianą strefą komfortu. I tu patrz pkt trzeci. Mając świadomość że potrafimy spędzić X godzin w warunkach w których nikt nie rusza się z domu , nie dość że podbija nam bębenek , to jeszcze pozwoli trzeźwo spojrzeć na świat,  konsekwencji czego nauczymy się przewidywać  swoje zachowania.

Po piąte: motywacja. Znanym i szeroko roztrząsanym przez  psychologów problemem, są kwestie motywacyjne. Chodzi o brak tejże. Skok cywilizacyjny przyzwyczaił nas do tego, że wszystko mamy na już, w dodatku w zasięgu ręki, przez co zapomnieliśmy o czymś takim jak cierpliwość. Wszystko mamy bardzo często podane pod nos. Nie mamy jak dojechać a nie chce nam się iść – dzwonimy po Ubera. Nie chce nam się robić obiadu – ciach. Jeden telefon i po 30 minutach jemy cieplutki posiłek. A takie krótkie (regularne czy nie) wyjścia w teren narzucają jednak jakąś formę dyscypliny, ucząc nasza psychikę że nad niektórymi rzeczami musimy popracować aby widzieć jej efekty. Że  w niektórych przypadkach nie ma drogi na skróty. Jak nam to może pomóc – tego chyba nikomu nie trzeba wyjaśniać.

Memiczny, ale jakże zmotywowany Piotr B.
W lesie odpalisz swoją motywację w tryb „turbo”.

Po szóste:  zwyczajne / niezwyczajne.  Wszystko dziś musi być niezwykłe. Prezenty na urodziny czy pod choinkę, filmy w kinie (jeszcze więcej cgi i rozwałki) czy życie codzienne.  Obserwujemy innych na instagramie, facebooku czy YT i widzimy wokół nich same wspaniałości bądź rzeczy niezwykle dla nas ekscytujące. Nic zwykłego, codziennego. I zapominamy że tak naprawdę nasze życie składa się z normalnych cegiełek, które MOGĄ utworzyć coś niezwykłego. Obrazy z mediów społecznościowych, przekonują nas, że tak naprawdę jedyną wyprawą na jaką warto się ruszyć z domu jest ta na 2 miesiące w pampę lub na Syberię. Ewentualnie, ta miesięczna w Himalaje, w czasie której zimą zdobywamy zachodnią ścianę Makalu.  Nic bardziej mylnego. Po prostu przytłoczeni sztuczną niezwykłością przestajemy się cieszyć z codziennych (czy cotygodniowych ) drobiazgów, takich jak wyjście do lasu czy do parku.  Umyka nam gdzieś istota życia i obcowania z szeroko rozumianą „naturą”.  A gdy się zastanowimy,  to zauważymy, że pani X  wrzuca często zaje…ste zdjęcia z wyprawy do Malezji (czy innego Peru)  z taką częstotliwością, jak by co trzy miesiące tam jeździła. Jednakowoż gdy się przyjrzymy, okazuje się że są to niepublikowane wcześniej zdjęcia z jej wyprawy sprzed trzech lat które co jakiś czas wrzuca.  I  to wszystko tylko tak pięknie wygląda.

Serio? Musi być selfiaczek na wulkanie żeby było zaje…ście?
Znaczy się, nie mówię że takii selfiacz fajny nie jest, ale wypad za miasto z hamakiem, kawą i książką też jest „cool”. Wszystko co Cię wyciągnie w krzaki jest „cool”.

Po siódme: uwarunkowania zdrowotne. Poprawa koncentracji, pamięci czy odporności to niebagatelne argumenty za tym, żeby choć na chwilę wyrwać się z domu. Kojący szum lasu czy deszczu, neutralne i stonowane kolory tła przyrody czy roślin  działają zbawczo dla naszego wymęczonego ciągłym przebodźcowaniem wzroku i układu nerwowego.  Ponadto nie od dziś wiadomo, że ludzie spędzający dużo czasu na świeżym powietrzu zwykle są bardziej kreatywni, niż ich rówieśnicy zamknięci w czterech ścianach. Na temat wpływu przebywania na świeżym powietrzu na ludzkie zdrowie (fizyczne i psychiczne) napisano już tyle, że ciężko cokolwiek nowego w tej materii napisać.

I w końcu: Po ósme: statystycznie rzecz biorąc, najwięcej wypadków wymagających pomocy medycznej zdarza się w zaciszu domowym (Źródło: GUS (2011), Stan zdrowia ludności Polski w 2009 roku). Nie narażajmy zatem na szwank siebie i swoich pociech, lecz wyłączmy Netflixa, wylogujmy się z FB i wyjdźmy na dwór (dla Krakusów: „na pole”). Weźmy dzieciaki za miasto, do lasu. Choćby na chwilę. Bo naprawdę warto.

Nie siedź w domu. Gips drogi jest… 😉


A Twoje zdanie na ten temat jakie jest?
Napisz, odpowiedz, podziel się swoją opinią.

Pozdrawiam – Danesz.


Foty tradycyjnie własne oraz domena publiczna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.