Krzesiwo tradycyjne – część druga. Trzy najczęściej popełniane błędy.

Zwykle niepowodzenia w użyciu krzesiwa tradycyjnego są spowodowane trzema podstawowymi czynnikami. 
1. Krzesak nie jest odpowiednio spreparowany. 
2. Hubka jest zbyt daleko od krzesiwa lub po złej stronie krzesaka.
3. Hubka jest nieprawidłowo spreparowana lub wilgotna. 


Krzesak – czyli odpowiednie ścierniwo.

Krzesak, czyli minerał który jest odpowiedzialny za ścinanie cząstek stali z powierzchni roboczej krzesiwa, winien mieć jak najostrzejszą krawędź. I to bez względu na to czy posłużymy się pirytem, krzemieniem czy jakimkolwiek innym materiałem. Spreparowanie krzesaka, to uzyskanie jak najostrzejszej krawędzi, przez odłupanie fragmentu kamienia, mającego stać się naszym się krzesakiem. Ogólnie nie jest to czynność jakoś szczególnie skomplikowana, jednakowoż wymaga odrobiny zdolności manualnych i wyobraźni. Na początku ciężko będzie odłupać krawędź w taki sposób aby z jednej strony „zaostrzyć” krzemień, a z drugiej strony odłupać jak najmniejszą jego część.

Po pierwsze musimy dokładnie obejrzeć nasz krzemień (nie oszukujmy się, u nas, najczęściej wybieranym minerałem będzie krzemień, więc nim się tutaj posłużę). Jak przebiegają żyłki w jego wnętrzu, jak przebiegają linie spękań czy wtrącenia krzemionkowej kory.  Krzemionkowa kora, to otulina w której zamknięta jest nasza krzemienna buła. Zwykle ma kolor kremowy lub żółtawy i jest nam zbędna.  Możemy ją zbić lub zostawić, korzystając z powierzchni krzemienia na której jej nie ma. Jeśli znaleźliśmy nienaruszoną bułę (co w mojej części Mazowsza jest rzadkie) a nie mamy doświadczenia w pracy z minerałami, zwykle starczy mocno w nią uderzyć innym kamieniem a buła pęknie. Ważne aby przy tej czynności używać rękawiczek i chronić oczy, ponieważ krzemień łupie się na naprawdę ostre kawałki, a te tną skórę jak dobrze wyostrzona brzytwa od Seby Cichomskiego. 
Mając już rozłupaną bułę chwytamy ja mocno dłonią, i drugim kamieniem mocno uderzamy STYCZNIE do jej boku. Odłupie się wtedy fajny, podłużny kawałek o ostrych krawędziach. 

Efekt przejścia kilku metrów wzdłuż pola.
Wielkościowo bardzo mi odpowiadają.
Czerwoną strzałką kierunek i miejsce uderzenia w krzemień. Kąt pod jakim powinniśmy uderzyć, to jakieś 20 stopni.
Po jednym lub dwóch uderzeniach odłupie się fajny kawałek, zostawiając ostrą krawędź roboczą.

Mając w dłoniach takie drobiazgi jakie ja znajduję, musimy darować sobie mocne uderzenia, raczej na rzecz delikatnych i kontrolowanych uderzeń (siermiężnym pierdyknięciem, możemy co najwyżej taki kilku – kilkunasto centymetrowy krzemień przerobić na dużą ilość ostrych wiórków).
Kilka takich lekkich, kontrolowanych uderzeń i będziemy mieć zgrabny krzesak który wytrzyma dużo uderzeń  krzesiwa. 
Jednakże w końcu krawędź krzesaka się wyłupie, przez co krzesanie stanie się problematyczne. 
Co trzeba wtedy zrobić? Ano powtórzyć zabieg. Stycznie do boku krzesaka, lekko uderzyć tuż nad krawędzią którą chcemy spreparować. Odłupią się wtedy niewielkie wióry, pozostawiając zaostrzoną krawędź roboczą krzesaka.

Efekt 2-3 uderzeń w jeden z krzemieni ze zdjęcia wyżej (ten po prawej). Pierwsze uderzenei było zbyt mocne i odłupało za dużo materiału, przez co musiałem kilka razy „dopukać” trzymany kawałek żeby całość nadawała się do użytku.

A tak wygląda nasz krzesak od spodu.
Krawędzie są tak ostre, że można golić samca komara w locie.
Jeśli się przyjrzysz, zobaczysz kropelkę krwi na paluchu na drugim planie.
Jakem w tekście mówił, krzemień łupie się na naprawdę ostre krawędzie.
Chwilę po tym założyłem leżące obok rękawice. 😉

Ja do „ostrzenia” krzesaka używam krzesiwa, używając jego boku jak młoteczka. Trzeba rzecz jasna robić to z wyczuciem i naprawdę tylko delikatnie ostrzyć w ten sposób krzesak. A dlaczego ?
Krzesiwa zwykle są tak twarde, że potrafią pękać od upadku na twarde podłoże, łatwo więc zniszczyć krzesiwo uderzając nim o krzemień.

Tu ciekawostka. 
W dobie używania broni skałkowej, strzelec miał na wyposażeniu niewielki mosiężny lub miedziany młoteczek, służący właśnie do ostrzenia skałki (czyli krzemienia lub pirytu) krzeszącego iskry na panew broni.

Hubka nie tu gdzie trzeba.
Kolejnym błędem jakim możemy popełnić w czasie użytkowania naszego krzesiwa jest nieumiejętne ułożenie hubki. Po pierwsze: hubka musi być jak najbliżej krzesiwa.
Jak najbliżej, ale jednocześnie na tyle daleko abyśmy nie uderzali w nią krzesiwem.
Po drugie: nie od spodu krzesaka, a na górze. W od tej strony z której następuje uderzenie krzesiwem. Bardzo ładnie to zjawisko widać jeśli przyjrzymy się nożowi w pracującej tokarce lub frezarce. Zobaczymy że wióry ze skrawanego materiału odkładają się na nożu i są „wywijane” na jego krawędzi. To dokładnie taka sama sytuacja jak w naszym krzesiwie: nóż tokarski jest naszym krzesakiem, natomiast obrabiany przedmiot to nasze krzesiwo, a obrabiane wióry są iskrami których jak najwięcej musimy przechwycić na hubkę.

Hubka ułożona NA krzesaku, jak najbliżej jego krawędzi. Poszarpana jej krawędź to nic złego. Wręcz przeciwnie. Im bardziej porowata tym lepiej.


Zatem, przy prawidłowym układzie krzesiwo – hubka – krzesak, drobinki stali są skrawane z krzesiwa, i ulegając zapłonowi, jednocześnie odbijają się od krawędzi tnącej i trafiają na hubkę. Podłożenie hubki pod spód krzesaka znacznie utrudni złapanie przez nią iskry, ponieważ większość iskier pozostanie na krzesaku nie dolatując do hubki.

Poprawnie używszy krzesiwa, zauważymy że większość iskier zostaje „na krzesaku”.
Na zdjęciu uderzenie było ciut za mocne, przez co większość iskier odbiła się od krzesaka i uciekła gdzieś na bok. Ale jedna upadła tam gdzie trzeba (widać ładnie na środku hubki) i …
… i widać już że coś z tego może być.
Teraz starczy lekko rozdmuchać…
Ostrość jest taka jaka jest, ponieważ mój aparat mówił do mnie w innym języku niż ja do niego. 😉

I jest wystarczająca ilość ciepła żeby podpałka miała się jak „zająć”.


Zła lub wilgotna hubka.

Następny błąd jaki możemy popełnić przy tej metodzie rozpalania ognia tą metodą jest niewłaściwa lub wilgotna hubka. 
Na początek trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co to jest hubka i do czego służy. 
Hubka to odpowiednio spreparowana naturalna lub syntetyczna substancja, której zadaniem jest „wyłapanie” iskier z krzesiwa i przekazanie „żaru” na podpałkę. Nie będę się tu zagłębiał w nazewnictwo chemiczne bo nie jest to tematem niniejszego wpisu. W skrócie chodzi o to żeby hubka zatliła nam się od iskier, a następnie oddała ten żar podpałce, z której po dostarczeniu odpowiedniej ilości tlenu uzyskamy płomień. 
Za hubkę mogą nam robić zwęglone włókna roślinne (bawełna, len, konopie, sizal, kokos), przygotowane (lub nie) części roślin (hubiak, warstwiak zwęglony, błyskoporek podkorowy), gotowe komponenty jak np sznury (lont bawełniany, konopny – ostatnimi czasy moja ulubiona hubka :)), pozostałości z ogniska (węgiel drzewny z niedopalonych resztek opału) lub różne „nowoczesne” substancje (paliwa, dezodoranty), które celowo tu pominę. Hubka, jako jedno z ważniejszych ogniw naszego „łańcucha ogniowego” winna być tym elementem, na przygotowanie którego nie będziemy szczędzić czasu. Nie szczędźmy również na prawidłowym jej przechowywaniu. Czy dedykowana metalowa puszka czy puszka po kremie wystarczy ? Latem z pewnością. Ale już wiosną lub jesienią może być problem. Hubka z natury jest pieruńsko higroskopijna i złapie wilgoci nawet w w puszce, przez co będzie się nadawała do suszenia. A jeśli była preparowana w gnojówce, saletrze lub ługu, to przemoczona lub mocno zawilgocona będzie się nadawała do powtórnej preparacji, z racji krystalizowania się np saletry. Puszka się nada, o ile będzie hermetyczna, lub będzie przechowywana np sposobem XVIII wiecznych traperów. Czyli jak niby ? Ano w specjalnie przeznaczonym do tego woreczku. Woreczek taki wykonywano z futra jakiegoś wodnego ssaka, najczęściej z wydry. W dodatku taki woreczek szyto futrem do wnętrza. Czemu akurat taka metoda ? Otóż ssaki wodne natłuszczają swoje futro łojem i taki właśnie natłuszczony naturalnie materiał okazał się doskonałym sposobem na utrzymywanie puszki z podpałką i hubką w stanie wystarczająco suchym aby z niego w miarę niezawodnie korzystać. Taki lekko cuchnący piżmem i łojem woreczek trzymano zawieszony na szyi pod koszulą lub na koszuli ale pod kapotą, gdzie zwykle jest sucho.

Moja ulubiona ostatnimi czasy hubka – lont. Układamy ciut inaczej niż bawełnę czy inne zwęglone tkaniny. Wystukujemy sobie „wnękę” w krzesaku, i to „na niej” układamy lont. Później kilka uderzeń krzesiwem i mamy żar.



Hubki i ich preparowanie to temat na tyle rozległy, że wymaga raczej osobnego (i to wcale niemałego) tekstu i takiegoż się wkrótce spodziewajcie.
Gdyby się okazało że o czymś zapomniałem – śmiało. Przypomnijcie w komentarzu. Wkrótce kolejne odsłony cyklu okołokrzesiwowego.
Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.