Zimowy biwak z 2017.

Było słoneczne styczniowe popołudnie. Mroźne, o wspaniale suchym powietrzu, a prognoza pogody mówiła o ładnej, słonecznej pogodzie i bezchmurnym niebie przez kilka najbliższych dni. No tak. Brak chmur to większy mróz. Ale rzut oka na wykres temperatur, gdzie pod datą 8 stycznia pokazywało tylko 12-14 stopni na minusie mocno mnie uspokoił.

Złapałem za telefon i …

-Cześć Keny. Co porabiasz jutro i pojutrze …?Aha… Tak. No. To wpadaj do mnie.
Pojechalim na miejscówkę koło 18-ej. Było ciemno. Szybki ogar obozu, zbieranie drewna, rozpalenie ogniska… No tu trochę gorzej było. Jako że las przebrany z opału (mój las więc często tam bywam, zatem opału było niewiele). Tylko jakieś niemal leżące 15 centymetrowe sosny były.

Jakiś tam ogień był. W zimowych warunkach, utrzymanie ognia może stać się kluczowe dla przetrwania.

I zmarznięta na kość dębina. Ogień palił się niemrawo, bo po bardzo ulewnej jesieni drewno było cholernie mokre. Ale kociołek i kawę dało się upitrasić. Ciepło jakieś tez było. Więc nie było potrzeby odjaniepawlania tańca apaczów wokół ognia. Godziny mijały, wspomnienia przeradzały się w opowieści a orion był już niemal w zenicie. Niepostrzeżenie do tego wszystkiego dołączyło szczypanie w nos i policzki. Zwróciliśmy na to uwagę, ale przecież miękkie faje my nie są i „co nam jakiś tam przymrozek”. Później przyszedł czas na sen. Mój Snugpak, ledwo dawał radę, mimo komfortu rzędu 18-19 stopni poniżej zera. Zrzuciłem to na barki niewyspania po pracy na noce. Sen był taki sobie, przerywany lekkimi dreszczami i dorzucaniem do tlącego się ogniska. Keny Natomiast, nie zmrużył chyba oka. Szczękał zębami, przewracał się z boku na bok… Cóż. Bywa. Może nie nawykł chłop do sypiania na mrozie.

Tu akurat troch odmarzłem. Ale była taka chwila, że całą japę miałem w szronie. Wyglądałem jak wyleniały yeti…

Pobudka była nieprzyjemna. Wąsy i broda w soplach, śpiwór wokół twarzy pokryty szronem a bivy cover zamienił się w skorupę. Na dokładkę moje Asolo zamarzły tak, że nie dawały się założyć. Zna to chyba każdy kto się zimą wspinał. Pozyskanie ognia trwało chwilę. I było nieprzyjemne. Paluchy przymarzające do krzesiwa tradycyjnego to nic fajnego. W czasie kiedy ja motałem się z krzesiwem, Keny odstawiał już „kozaczoka”, twierdząc z obłędem w oczach że słyszy grzechotanie swoich palców w butach, jak wermachty pod Stalingradem. W końcu, jakoś daliśmy radę rozpalić ogień, ale rozmiarami przypominał raczej płomień ze znicza olejowego. Takiego jakie kupujemy na 1 listopada.

Niby coś tam się tliło…

Cóż. Postanowiliśmy zatem zawijać dupę w troki i dokonać rejterady. Zarzuciliśmy toboły na plery i dziarsko ruszyliśmy do domu, do którego mieliśmy jakieś półtora kilometra.

Po dwóch godzinach leserowania na mrozie stwierdziliśmy że zabieramy dupska w troki.

W sieni, spotkaliśmy mojego ojczulka, który właśnie zakładał 3 warstwę odzieży i przywitał nas słowami:

– No ja to właśnie po Was szedłem, żeby zobaczyć czy nie pozamarzaliście w tych krzakach.

Na co ja odparowałem trąc zdrętwiałe nos i policzki:

-Tato, przy 15 mieliśmy zamarznąć ?

Tatko tylko skinał głową w stronę termometru wiszącego przy oknie i powiedział:

– No to zerknij.

Czerwony słupek stał przy niebieskiej liczbie 25. A to wskazywał termometr przy oknie, na wysokości około 2 metrów nad ziemią… Nic dziwnego że nam tak piździło po szkitach i nosach. Także ten… Sypiałem w gorszych warunkach niż te – 25. Bywałem w zimniejszych miejscach gdzie musiałem przekoczować kilka noclegów w temperaturze – 23 przy silnym wietrze. Ale byłem na to mentalnie gotowy. Natomiast tutaj – sprawę olałem i natura spłatała psikusa. Szczęściem dla mnie, wbiłem się w dobre ciuchy, od termoaktywki aż po technicznego sprywaya na grzbiecie.Pewnie ktoś zada pytanie po co o tym piszę? Piszę po to, żebyście pamiętali że nawet w granicach szeroko rozumianej cywilizacji, od fuckupu często dzieli nas dosłownie krok. Piszę po to, żebyście pamiętali iż od bushcraftu do survivalu może być bardzo blisko.Piszę również po to, żeby zachęcić do wyjścia z domu w każdych warunkach pogodowych. To właśnie w trakcie krótkich, 1-3 dniowych wypadów przyswajamy najwięcej wiedzy i najlepiej ją doskonalimy. To wtedy poznajemy nasze ograniczenia i dowiadujemy się o sobie wielu rzeczy. Teraz, ilekroć widzę się z Kenym, słyszę odeń : Wiesz Dany? Ten jeden wyjazd nauczył mnie więcej, niż wszystkie inne wyjazdy razem wzięte. I pewnie ma rację.

A całość miała miejsce w okolicach 8-9 stycznia 2017. Pozdrawiam.

Zdjęcia Kenego i Moje, w żaden sposób nie obrabiane. 2x stopni na minusie to sprawdzian również dla telefonu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.